Ulubieńcy pierwszego kwartału – obraz posta

Ulubieńcy pierwszego kwartału

Minął już pierwszy kwartał nowego roku. Ulubieńców nie było od dawna, więc czas na podsumowanie tych ostatnich miesięcy. 

Okej, chociaż jeden wpis w miesiącu wypadałoby stworzyć. W sumie mam kilka tekstów zaczętych, ale jakoś nie po drodze mi z ich zakończeniem. Kiedyś jednak na pewno się pojawią. 

Jestem w szoku, bo ostatni ulubieńcy (nie licząc tych całorocznych) byli w... czerwcu! Nie spodziewałam się, że minęło aż tyle czasu od wpisu z tej serii. Nie jestem jednak bardzo zaskoczona, bo doskonale znam przyczynę takiego stanu rzeczy – po prostu kupuję bardzo mało. 

Minimalizm kosmetyczny zapanował u mnie na dobre. W tym roku poszłam o krok dalej i zaczęłam spisywać swoje zakupy. Do tej pory kupiłam tylko 5 produktów i z każdego jestem zadowolona. O części z nich przeczytasz poniżej. Odkąd rozważniej planuję, co kupić, rzadko trafiam na buble. Taki styl życia zdecydowanie bardziej do mnie przemawia (chociaż zapasy i tak mam jeszcze spore i trochę czasu zajmie mi aż wyjdę na prostą). 

W dzisiejszych ulubieńcach będzie zarówno kolorówka, jak i pielęgnacja. W tym kwartale trochę zaszalałam i kupiłam dwie palety, ale nie żałuję ani złotówki, bo wiem, że są to rzeczy, z których będę korzystać. O tym jednak trochę więcej za chwilę. 


1. Odżywczy krem do rąk, Vianek 

Z firmy Vianek miałam do tej pory kilka produktów i z większości byłam bardzo zadowolona (płyn micelarny trochę mniej mi się spodobał, bo czasami piekł mnie w oczy), więc sądziłam, że krem też nie będzie zły. Nie spodziewałam się jednak, że spodoba mi się tak bardzo.
Moje dłonie nie mają tendencji do przesuszeń, więc na co dzień nie potrzebują specjalnej pielęgnacji. Ostatnio jednak ich stan się pogorszył (stały się suche i wręcz białe na wierzchu), a ja nie mogłam znaleźć mojego kremu z Biolove (do tej pory nie mam pojęcia, gdzie jest), więc sięgnęłam do zapasów po Vianka. Już po jednym użyciu (stosuję go na noc) problem suchych dłoni prawie zniknął, a po dwóch dniach wszystko wróciło do normy. Nie spodziewałam się takiego efektu.
Krem wchłania się dość szybko, ale pozostawia na skórze film, dlatego niekoniecznie sprawdzi się w ciągu dnia.  Jego zapach jest specyficzny i intensywny – nie jest zły, ale też nie nazwałabym go przyjemnym. Wystarczy jednak po prostu kremu nie wąchać i problem z głowy. Jestem bardzo zadowolona z tego produktu i na pewno będę do niego wracać. 

2. Kojący płyn micelarny 3w1, Bielenda 

O ile napis 3w1 trochę mnie mierzwi, bo płyn micelarny nie może być jednocześnie tonikiem, to jednak działanie oczyszczające oceniam bardzo pozytywnie. O płynach z Bielendy słyszałam dużo dobrego, więc w końcu jakiś kupiłam i jak na razie jest to chyba mój ulubiony płyn micelarny. Ani razu nie zdarzyło się, aby mnie podrażnił. Ze zmywaniem makijażu radzi sobie bardzo dobrze – nie trzeba pocierać skóry ani oczu.
Miałam płyny micelarne różnych firm, słynny Garnier był dla mnie średniakiem, niektóre naturalne mnie podrażniały, a Bielenda jak na razie spisuje się najlepiej.


3. Aquacolor, Kryolan

Farbki z Kryolanu to było takie moje małe marzenie. Cena mocno mnie zniechęcała. W styczniu stwierdziłam jednak, że te farbki są mi po prostu potrzebne. Jeśli chcę się rozwijać, to muszę w siebie zainwestować. A narzędzie do pracy to właśnie pewnego rodzaju inwestycja. Zakupu farbek nie żałuję, bo są naprawdę przydatne. Dalej używam do malowania twarzy cieni, bo tę technikę również bardzo lubię, ale to nie zmienia faktu, że farbki to zupełnie inna bajka. Dają inny efekt i inaczej się z nimi pracuje.
Jakość produktu jest bardzo dobra. Zdecydowanie szybciej można pokryć większy obszar twarzy i przy tym dać lepsze krycie. Dla osób, które bawią się w charakteryzacje, jest to niezbędny produkt. 


4. Gingerbread Spice, Too Faced

Piękna paleta – od opakowania, po kolory. Używam prawie każdego cienia (po dwa sięgam nieco rzadziej). Nadaje się do makijaży dziennych i tych mocniejszych. Głównie są tu ciepłe odcienie – róże, brązy. Różne wykończenia, rewelacyjna pigmentacja i łatwość oraz przyjemność pracy. Cienie rozcierają się świetnie i pięknie ze sobą łączą. Nie osypują się, a na powiece trzymają się cały dzień. Jestem zachwycona jakością i spokojnie mogę napisać, że to najlepsza paleta w moich zbiorach. 


5. MorphexJamesCharles Palette, Morphe

Ta paleta długo za mną chodziła i ostatecznie zdecydowałam się złożyć zamówienie. Kupiłam ją na oficjalnej stronie Morphe za około 180 złotych. W palecie znajduje się aż 39 cieni, więc cena wcale nie jest wygórowana.
Cienie, a raczej prasowane pigmenty, są dobrej jakości. Pigmentacja nieco się różni w zależności od koloru i sposobu aplikacji.
Ilość kolorów sprawiła, że zwiększyły się moje możliwości makijażowe (wcześniej nie miałam za wiele zieleni). Paletę można również spokojnie używać do makijaży dziennych. Cienie utrzymują się długo, ale nie ma problemu z ich zmyciem. Nie zabarwiają skóry (a czytałam, że u niektórych osób tak się zdarza).
Ogólnie jestem z tej palety zadowolona i w moim przypadku jest bardzo użyteczna. 

Zostawiam Cię z tą piątką. Mam nadzieję, że kwartalni ulubieńcy przypadną Ci do gustu, bo taka forma jest dla mnie zdecydowanie łatwiejsza do realizacji. Nie muszę na siłę wymyślać produktów, które nie do końca są moimi ulubieńcami. 

Jestem ciekawa, czy znasz któryś z tych produktów? 



Udostępnij przez Facebook Udostępnij przez Twitter Udostępnij przez Google+