Pure Detox od Biotaniqe

Wpis nieco długi, ale warto przez niego przebrnąć. Szczególnie zachęcam Cię do przeczytania o węglowej maseczce! 

Jeszcze kilka lat temu węgiel kojarzył mi się z grillem. Teraz uległo to zmianie, bo coraz częściej słyszę o tym składniku w kosmetykach. Węgiel ma właściwości oczyszczające, absorbujące sebum, antybakteryjne, przeciwzapalne i rozjaśniające. Wszystko brzmi świetnie, prawda? Jednak nie jest to takie proste. Część firm zamiast węgla aktywnego stosuje tylko węglowe barwniki. Jeśli chcesz poczytać o tym więcej, zapraszam Cię na bloga Basi, która w swoim wpisie porusza ten temat.  

Dzisiaj jednak będzie bez oszustw. Opowiem o produktach, które rzeczywiście mają węgiel w składzie. Jakiś czas temu od firmy Maurisse otrzymałam do testów kosmetyki Biotaniqe z serii Pure Detox i to właśnie o nich będzie mowa. Już teraz mogę Ci napisać, że wśród tych kosmetyków znajduje się jeden hit. 

Żel myjący 


Zamknięty w plastikowej butelce z dozownikiem, który można „zablokować", aby produkt przypadkowo się nie wylał. Jest to dobre rozwiązanie, gdy chcemy zabrać kosmetyk w podróż. Barwa tego żelu jest prawie czarna, zdecydowanie najciemniejsza z wszystkich produktów z tej serii. Konsystencja nie jest za rzadka ani za gęsta, po kontakcie z wodą zmienia się w delikatną piankę. Na umycie całej twarzy wystarczy nam pompka, więc produkt jest naprawdę wydajny. Używam go dwa razy dziennie (rano i wieczorem), dodatkowo korzysta z niego również moja siostra, a zużyłyśmy przez miesiąc mniej niż 1/4 opakowania.
Żel ma delikatny zapach. Skóra po nim jest czysta i odświeżona. Produkt bez problemu radzi sobie ze zmyciem olejku do demakijażu, po jego użyciu mam pewność, że na skórze nie znajduje się żaden brud. Ciężko mi stwierdzić, czy żel robi coś dodatkowego niż spełnianie swojej podstawowej funkcji, bo w tym czasie używałam dużo innych kosmetyków. Jedno jest pewne, jest to bardzo przyjemny kosmetyk i nie wykluczam, że będę do niego wracać. Nie potrafię napisać o nim nic złego, dobrze czyści, a to jest najważniejsze, jeśli chodzi o żele.

Peeling-żel-maska 3w1


To zdecydowanie mój ulubieniec z tej trójki. Do ideału brakuje mu naprawdę niewiele, ponieważ ma jedną drobną wadę. Zacznijmy jednak od początku. Kosmetyk mieści się w poręcznej, miękkiej tubie o ładnej szacie graficznej. Można używać go na trzy sposoby, chociaż odnoszę wrażenie, że żel-peeling to tak naprawdę jedna funkcja, ponieważ używając produktu na jeden z tych sposobów, drugi i tak wystąpi. Sama zawsze decydowałam się na maseczkę, a przy jej zmywaniu robiłam sobie peeling.
Zapach maseczki jest delikatny, prawie niewyczuwalny. Konsystencja dość kremowa z licznymi drobinkami, nie ma problemu z jej zmyciem. Maseczka nie zastyga, chociaż nieco traci swoją kremowość na twarzy. Ogólnie nosi się ją komfortowo, jednak czasem potrafi występować drobne i chwilowe pieczenie (to jest właśnie ten minus, o którym wspominałam wcześniej). Szczypanie jest jednak kwestia indywidualną. U mnie nie występowało zawsze, a siostra mówi, że nigdy nie poczuła nic nieprzyjemnego. Jestem jednak w stanie znieść to kilkuminutowe nieudogodnienie, jeśli wynagrodzą mi to efekty, a te tutaj z pewnością to robią.
Od razu po zmyciu czuć, że skóra jest gładka i oczyszczona. Pozostaje na niej lekki film, który jest wyczuwalny dopiero w momencie, gdy dotkniemy twarz dłonią. Dostarcza nam nawilżenia, nie przeszkadzając przy tym. Ujścia mieszków włosowych (pory) są zmniejszone, a zaskórników jest nieco mniej. To jednak nie wszystko. Od wielu tygodni zmagałam się z podskórnymi krostkami, które nie chciały zniknąć. Gdy dzień po użyciu maseczki obejrzałam swoją twarz, zauważyłam, że połowa tych niedoskonałości zniknęła! Z każdym kolejnym zastosowaniem było ich coraz mniej i aktualnie czasem pojawią się pojedyncze. Moja skóra dawno nie była w tak dobrym stanie. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że moja cera wygląda dobrze bez podkładu. Jestem naprawdę bardzo zaskoczona, że ta maseczka dała takie efekty. Nie kosztuje fortuny, jest wydajna i naprawdę mnie zachwyciła. Obecnie jest to najlepsza maseczka oczyszczająca, jaką miałam okazję używać. Spodobała mi się na tyle, że już kupiłam drugie opakowanie, które znalazłam w promocji w Rossmannie. Z pewnością ten produkt zagości u mnie na stałe!
Dodatkowo powiem też krótko, co o maseczce sądzi moja siostra (co dwie opinie to nie jedna). Ma ona skórę trądzikową i niestety często pojawiają się u niej niedoskonałości. Maseczka pomogła jej uspokoić te zmiany skórne, chociaż nie usunęła ich całkowicie. Stan cery siostry jest zdecydowanie lepszy, ale do ideału jeszcze nieco brakuje, więc walka trwa. 

Lekki matujący krem nawilżający 


Ostatni kosmetyk z tej serii. Do niego mam mieszane uczucia. Część rzeczy mi się w nim podoba, inne mniej.
Zacznę od opakowania, które jest minimalistyczne i bardzo ładne. Moim zdaniem wygląda dość luksusowo i nie podejrzewałabym, że jest to produkt z takiej półki cenowej.
Barwa kremu jest szara (nieco wpadająca w fiolet), jednak po rozsmarowaniu go na twarzy, nie jest widoczna. Trzeba uważać, aby nie przesadzić z jego ilością, ponieważ wtedy dłużej się wchłania i czuć tłustość na twarzy. Za pierwszym razem dałam go o wiele za dużo, ale gdy zmniejszyłam jego ilość, wszystko było w porządku.
Krem można stosować na dzień i na noc. Przez jego właściwości bardziej pasował mi pod makijaż, ale używałam go na oba sposoby. Po nocy skóra była miękka i nawilżona, zdecydowanie odpowiadał mi poziom nawilżenia, chociaż wiem, że spora część osób woli mocniejsze kremy na noc.
Jeśli chodzi o używanie tego kremu pod makijaż, to muszę zwrócić uwagę na to, że krem podkreśla suche skórki i robi to w znaczny sposób. Gdy użyłam podkładu, wyglądał on tragicznie na moim nosie. Zauważyłam tam dużo suchych skórek, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Na reszcie twarzy całość wyglądała nienagannie. Właśnie przez to nie do końca krem przypadł mi do gustu.
A co z właściwościami matującymi? Tutaj mam pozytywne odczucia. Kremowi dałam trudne zadanie i użyłam wraz z nim podkładu Healthy Mix od Bourjois. Jest to podkład rozświetlający i nawilżający, który rekomenduje się cerą suchym. Zawsze, gdy go używam solo, świecę się mocno po 1-2 godzinie. Tym razem było inaczej. Po całym dniu (około 9 h) również się świeciłam, ale było to zdecydowanie mniejsze świecenie niż dawniej po dwóch godzinach. Nie spodziewałam się takiego efektu. Pod tym względem bardzo spodobał mi się ten krem.
Teraz mam dylemat, jak powinnam go ocenić. Gdyby nie podkreślał tych skórek, byłby naprawdę niezły. Aktualnie używając go pod makijaż, nie smaruję nim nosa i jakoś sobie radzi.

Wszystkie z przedstawionych kosmetyków są dostępne w Rossmannie. O innych produktach tej firmy pisałam już wcześniej w tym wpisie

Udało Ci się przeczytać? Ciekawi Cię któryś z tych kosmetyków, a może już je znasz?