Holika Holika Pure Essence Mask Sheet

Na maski w płachcie wciąż panuje szał. Sama czasem ich używam, dzisiaj mowa o dwóch z nich.

Zacznę od tego, że nie jestem największą fanką masek w płachcie. Sama ich idea jest świetna – proste w użyciu, nie trzeba ich zmywać, dają efekty już po jednym zastosowaniu. Dlaczego podchodzę do nich sceptycznie? Odpowiedź jest prosta, dotychczas nie trafiłam na maskę, która by mnie zadowoliła. Wszystkie przeze mnie testowane w mniejszym lub większym stopniu piekły w twarz. Nie mam wrażliwej cery, ale być może w każdej z tych maseczek znalazł się składnik, który nie najlepiej na mnie działa. Wciąż szukam ideału i w tym czasie trafiłam na dwie maski Holika Holika Pure Essence Mask Sheet. 


W skład całej serii wchodzi dziesięć masek. Mają one różne zadanie i inny składnik przewodni (nie jest to jednak składnik główny, bo w składzie znajduje się dopiero po kilku innych składnikach). Każda maska jest zamknięta w kolorowym opakowaniu o minimalistycznej szacie graficznej. Z tyłu znajduje się naklejka z instrukcją w języku polskim. Opakowanie otwieramy, ciągnąc za jeden z jego rogów. Nie potrzebujemy w tym celu nożyczek, co ułatwia korzystanie z produktu. Maska znajduje się na cienkiej bawełnianej płachcie i jest bardzo dobrze nasączona. Mogłaby mieć nieco mniejszy rozmiar, ale jej aplikacja nie sprawia większych problemów. Maskę należy trzymać na twarzy 15-20 minut, a  następnie wmasować esencję w skórę. 

Zielono mi


Uwielbiam zieloną herbatę, kiedyś piłam ją każdego dnia. Jest doskonałym antyoksydantem, więc sprawdzi się również w kosmetyce. Maska z zieloną herbatą ma na celu nawilżyć i ukoić cerę. Swoje zadanie spełnia bardzo dobrze. Skóra dostała dużą dawkę nawilżenia. Zapach maski określiłabym jako bardzo delikatny. A jak było z pieczeniem? Niestety w tym aspekcie maska nieco mnie zawiodła, po około dziesięciu minutach zaczęłam czuć dyskomfort. Było to do przeżycia, ale w maskach w płachcie ważny jest również relaks, który jest nieco uniemożliwiony przez takie odczucia. Z efektów jestem jednak zadowolona i myślę, że dla większości osób będzie to naprawdę ciekawa nawilżająca maska. Sama raczej do niej nie wrócę. 

Truskaweczka


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy... a raczej w nos był fakt, że maska nie pachnie truskawkami. Po tak kolorowym opakowaniu spodziewałam się intensywnego zapachu. Maska truskawkowa również ma nawilżyć, ale oprócz tego nadać cerze zdrowy błysk. Ta przypadła mi zdecydowanie bardziej do gustu. Podczas jej używania nie wystąpiło pieczenie, skóra była nawilżona (chociaż nieco mniej niż przy wersji z herbatą), a oprócz tego niedoskonałości zostały uspokojone i zmniejszone.  Następnego dnia obudziłam się ze zdecydowanie lepiej wyglądającą skórą. Tę wersję chętnie użyłabym ponownie. 

Bardzo możliwe, że w przyszłości przetestuje pozostałe maseczki z serii, bo zapowiadają się naprawdę ciekawie. Znacie je? A może ktoś z Was również miał nieprzyjemne przygody w maseczkowym świecie?