Miesiąc z maską Kallos

Przez ostatni miesiąc intensywnie testowałam maskę Kallos. Czy jestem z niej zadowolona?

Nie jestem włosomaniaczką. Ciężko mi stosować regularnie jakiś produkt do pielęgnacji włosów, który wymaga nieco czasu i roboty. Jednak przez ostatni miesiąc dwa razy w tygodniu używałam bananowej maski firmy Kallos. Jest to jeden z najpopularniejszych produktów tego typu, do czego przyczynia się niska cena i duża pojemność. Za litr maski płacimy około 10 złotych. 

Opakowanie i dostępność

Maskę możemy kupić online lub w niektórych drogeriach stacjonarnych np. hebe. Produkt znajduje się w dużym pojemniku, który wykonany jest z dość cienkiego plastiku. Trzeba uważać, aby nie upuścić opakowania, bo spotkania z podłogą może nie przeżyć. Zakrętka jest odkręcana, maskę łatwo wyciągnąć i mamy pewność, że zużyjemy ją do końca. 


Zapach i konsystencja

Maska pachnie przepięknie. Mocno wyczuwalny jest w niej słodki banan, aż ma ochotę się ją zjeść. Konsystencja przypomina balsam. Jest idealna (nie za rzadka, nie za gęsta). 

Aplikacja 

Maskę zawsze nakładałam na umyte, wilgotne i rozczesane włosy. Produkt lądował tylko na długość, omijałam okolicę skóry głowy. Następnie przeczesywałam włosy grzebieniem, aby maska lepiej się wchłonęła. Ilość maski użyta na jeden raz jest niewielka. Po około 30 minutach dokładnie spłukiwałam maskę. 

Efekty

Robiłam zdjęcia, jednak nie widać na nich żadnej różnicy. Nie znaczy to jednak, że produkt nie działa. Nie mam wymagających włosów, ale po używaniu tej maski, zauważyłam efekty. Włosy był bardziej miękkie i błyszczące. Oprócz tego lepiej rozczesywały się następnego dnia. Jestem zadowolona z działania tej maski i na pewno wypróbuję inne jej wersje. 

Z pewnością będę dalej używać tej maski, chociaż aktualnie zamierzam ograniczyć użytkowanie do jednego dnia w tygodniu. 

Znacie maski Kallos?