Popkulturalna sobota: Carrie, czyli pierwsze spotkanie z Kingiem

Jak pisałam, tak jestem! Tytuł nowej serii wskazuje na to, jaką tematykę będę poruszać. Zdaję sobie sprawę, że nie będą to posty popularne, ale mówi się trudno i robi się swoje.

Zapraszam Cię serdecznie na przygodę po świecie popkultury. Będzie filmowo, serialowo i książkowo. Nie znajdziesz tu jednak tylko recenzji, mam pomysły na wiele tekstów, które poruszają różne tematy.

Jeżeli tematyka nie za bardzo Cię interesuje i wpadasz tu tylko dla postów kosmetycznych, nie ma problemu, aby omijać moje weekendowe wypociny. Skończę już z moją paplaniną i przejdę do tekstu właściwego.

Stephena Kinga chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Możesz nie czytać jego książek, możesz nie oglądać ekranizacji powieści, ale nazwisko na pewno obiło Ci się o uszy. Sama do niedawna znałam dzieła autora tylko z filmów, ale w końcu postanowiłam to zmienić. W końcu jeden z najbardziej poczytnych autorów musi tworzyć naprawdę dobre teksty.

Pierwszą książką Kinga, którą przeczytałam, była pierwsza książka, którą on napisał. A mowa tutaj o kultowej "Carrie". Czy to był dobry wybór? Ciężko stwierdzić, ponieważ na razie zbyt mało znam twórczość autora.

Zacznę od tego, że Carrie to nie jest horror. Książka nie trzyma w napięciu i nie zaskakuje. Zakończenie dostajemy praktycznie na początku powieści. Resztę czytamy po to, aby dowiedzieć się, jak doszło do tych wszystkich wydarzeń.
Powieść jest brutalna i gdyby odrzeć ją z paranormalnej otoczki, dostalibyśmy prawdopodobną historię, która mogła się wydarzyć. I to właśnie jest chyba w tym wszystkim najgorsze. Ta prawdziwość. Postacie fikcyjne, a jednak wydające się żywymi ludźmi z mnóstwem wad, które potrafią doprowadzić do katastrofy.
Całość jest krótka, bo ma zaledwie sto stron. Spokojnie można przeczytać ją w jeden wieczór. Dzieli się na dwie części (idealnie w połowie), więc sama przeczytałam ją właśnie na dwie raty.

Uczucia odnośnie do tej powieści mam bardzo mieszane. Nie była to zła książka, ale zabrakło jej tego czegoś. Wiem, że do Carrie już nie wrócę, bo po prostu mnie nie zachwyciła. Nie znaczy to jednak, że żałuję jej przeczytania.

Czy polecam ją osobom, które twórczości Kinga nie znają? To zależy. Jeżeli bardzo liczy się dla Ciebie pierwsze wrażenie i/lub nie dajesz drugich szans, sięgnij po coś innego. Jeżeli jednak nie masz oporów przed zaczęciem od średniej książki i obserwowaniem tego, jak rozwijał się autor, śmiało możesz zacząć od Carrie.

Między przeczytaniem Carrie a napisaniem tego wpisu, zdążyłam jeszcze zapoznać się z Miasteczkiem Salem i Lśnieniem. W przypadku Miasteczka było zdecydowanie lepiej - książka bardzo mi się podobała i była zdecydowanie lepsza od Carrie. Opowiem o niej więcej innym razem, ale już tutaj zachęcam do sięgnięcia po tę książkę.

Koniecznie napisz mi, jak u Ciebie wygląda sprawa z Kingiem. Jestem też ciekawa, czy podobał Ci się tego typu wpis?