Kontrolowany chaos - Paleta Colour Chaos Makeup Revolution

Na chwilę porzucam neutralne odcienie. Dzisiaj czas na recenzję palety nietypowej, bo w żywych kolorach. 

Nie pamiętam, jak długo mam tę paletę, ale myślę, że prawie dwa lata. Jeszcze chyba nigdy o niej nie wspominałam, a może być ciekawym rozwiązaniem dla kogoś, kto szuka nieco odważniejszych kolorów. Sama kupiłam ją, gdy była w promocji. W innym przypadku pewnie bym się nie zdecydowała, bo kolory nie są do końca praktyczne. Stwierdziłam jednak, że warto mieć chociaż jedną paletę z żywszymi barwami. 

Dane techniczne – czyli co, gdzie i jak?

Paleta jest plastikowa, w środku znajduje się duże lusterko, które ułatwia zrobienie makijażu. Jakość opakowania nie jest rewelacyjna – szybko się rysuję i najprawdopodobniej połamałoby się od upadku, ale nie można też na nie narzekać (plastik jest dość twardy). Na cieniach znajdowała się również foliowa nakładka z podpisanym każdym kolorem, ale gdzieś ją zgubiłam.
Paleta zawiera osiemnaście cieni, ale tak naprawdę tylko 2/3 z nich są warte uwagi. Dlaczego? O tym już za chwilę.
Za produkt zapłacimy około 30 złotych, dostępność również nie jest problemem. Marka Makeup Revolution pojawia się coraz częściej w drogeriach stacjonarnych. 


Cienie – jakość i trwałość

Paleta to mieszanka wielu wykończeń – znajdziesz tu maty, cienie mocno błyszczące czy takie z drobinkami. Jakość jest naprawdę różna. Część cieni może pochwalić się dobrą pigmentacją, większość to średniaki, ale znajdą się też cienie beznadziejne. Tą ostatnią grupą są maty (ostatni rząd, cienie okrągłe). Trochę musiałam się namęczyć, aby na swatchach było cokolwiek widać. Maty mają pigmentację zbliżoną do zera – najgorzej przedstawia się kolor biały i cielisty – praktycznie ich nie widać. Dawałam im szansę kilka razy, ale nasza współpraca zawsze kończyła się tak samo. Aktualnie tych cieni w ogóle nie używam i sięgam tylko po prostokątne.
Pozostałe cienie nie są mocno napigmentowane i nasycone, ale prezentują się o wiele lepiej. Nieco się osypują (a niektóre nawet bardzo), więc trzeba uważać w trakcie pracy z nimi. Trwałość mają niezłą, nie zdarzyło mi się, aby zniknęły z powieki, czy się rolowały. 

Swatche


Gleam – piękne, nieco półtransparentne srebro. Uwielbiam ten cień!

WKD – jasnoniebieski z pojedynczymi drobinkami. 

Tom Tom – pomarańczowy. 

Pink obssessed – róż, chyba najbardziej napigmentowany, bo ciężko zmyć go z powieki. 

On a mission – zielono-niebieski.

Over-bored – granatowy. 


Needed too... - fiolet.

Me Three – znów fiolet, ale tym razem chłodniejszy. 

Do it now... - mocno błyszcząca zieleń. 

Toxi apple-tini - żółty z drobinkami. 

Ammunition - brązowo- śliwkowy z poświatą. 

Deliver me - brudno-zielony kolor. 


Super Y - żółty, bardzo słabo napigmentowany.

My Demons - fiolet, chyba najlepszy z matów, ale nie powala, bardzo mała pigmentacja. 

TipX - biały, zerowa pigmentacja.

I said Go! - zielony, również słabo. 

Beyond Real - różowy, drugi, który nieco się wybija, ale dalej nie zachwyca. 

Calm me down - beżowy, bardzo słaby. 

Jestem ciekawa, czy używasz takich kolorów. Jeśli tak, to jaką żywą paletę najbardziej lubisz?