Pomadki MOOV - Liquid Lipsmatter

Matowe pomadki nadal królują wśród produktów do ust i nie zapowiada się, aby szybko wyszły z mody. Firmy wciąż wymyślają nowe formuły, aby zachęcić klientów do zakupu. Jak wśród tak dużego asortymentu wypadają pomadki moov? 

Ten wpis miał powstać w listopadzie! Dawno z niczym aż tyle nie zwlekałam. Tutaj moim problemem były zdjęcia. Zależało mi, aby wykonać swatche na ustach, jednak ciągle mi coś w tym przeszkadzało. Zazwyczaj była to kwestia światła i bardzo mocne przekłamanie kolorów (a publikacja takich zdjęć nie ma sensu), innym razem moje usta okazywały się nie być w stanie przetrwać tak częstego nakładania i zmywania pomadek. W końcu stwierdziłam, że z wpisem nie będę zwlekać, mam nadzieję, że swatche na ręku będą wystarczające.  

Dane techniczne, czyli za ile i gdzie? 

Pomadki Liquid Lipsmatter można dostać tylko w Kontigo. Kupisz je stacjonarnie w Warszawie i Poznaniu,  istnieje również możliwość złożenia zamówienia online. Koszt jednej sztuki to 18,99 złotych. 
Swoje pomadki wygrałam w konkursie i dzięki temu miałam możliwość poznania każdego koloru.  

Opakowanie 

Każda pomadka zamknięta jest w małym, zgrabnym opakowaniu. Dla niektórych tak krótki aplikator może wydawać się trudny w obsłudze. Sama jednak przyzwyczaiłam się do niego od razu i nie sprawiał mi żadnych problemów. Jeżeli mowa już o aplikatorze, to ma on nietypowy kształt, w środku znajduje się dziura. Ciężko mi stwierdzić, jak duży wpływ ma to na sposób aplikacji. Na pewno jej nie utrudnia, a być może dodatkowo ją wspomaga.  

Konsystencja i zapach 

Zapach jest owocowy, nieco chemiczny. Osobiście wolałabym pomadki bezzapachowe, ale na ustach nic nie czuć, więc ten aspekt mi nie przeszkadza.
Konsystencja produktu jest nieco inna niż w typowych płynnych pomadkach. Wydaje się lżejsza, bardziej masełkowa/musowata. Nie zastyga szybko, więc bez problemu jesteśmy w stanie pokryć nią całe usta. 

Wygląd i trwałość 

Większość kolorów dobrze kryje. Wykończenie jest matowe, nie tworzy się skorupa. Trzeba jednak pamiętać o wypeelingowaniu ust, ponieważ produkt lubi podkreślać suche skórki.
W razie potrzeby można pomadkę dołożyć. Trwałość bez jedzenia i picia to kilka godzin. Potrawy sprawiają, że pomadka znika nieco od środka. Przy tłustych posiłkach potrafi zmyć się cała (rosół to nowy środek do demakijażu ust). Mimo to trzyma się nieźle, gdy warunki nie są ekstremalne. 
Jeśli chodzi o komfort noszenia - też jest w porządku. Czasem bywa nieco bardziej wyczuwalna, ale nie ma dramatu. Gorzej jest jednak po jej zmyciu. Czytałam u wielu osób, że ta pomadka nie wysusza ust lub robi to w znikomym stopniu. Ja się z tym niestety nie zgadzam. Przesuszenie jest wyczuwalne. Owszem używałam pomadek, które były pod tym względem gorsze, jednak nie zmienia to faktu, że te też mają negatywne działanie na usta. Sama nie jestem w stanie nosić ich kilka dni z rzędu. A szkoda, bo kolory są naprawdę ładne.  

Poszczególne kolory 

 

Dreamer - nude, beżowy z domieszką brzoskwini. Jest najbardziej komfortowy (prawie nie czuć go na ustach), ale tym samym ma najgorszą jakość. Kryje tak sobie, tworzy prześwity. Jeden z dwóch odcieni, który nie do końca zachwyca pigmentacją. 

Muse - trupi kolor (chociaż chyba bardziej twarzowy od 10 z GR). Upewnił mnie, że takie kolory zdecydowanie nie są dla mnie. Jednak na pewno znajdą się jego zwolennicy.  

Coquette - różo-brąz. Z nim wiąże się taka historia, że za każdym razem wygląda inaczej. Może to kwestia światła, makijażu oka lub użytego podkładu. Z początku wyglądał zdecydowanie bardziej brązowo, potem zaczęłam dostrzegać w nim nuty różu. Wiem, że u niektórych potrafi wyglądać jak przybrudzony róż. Kolor zagadka, ale na pewno ładny odcień, jeden z moich ulubionych.  


Knockout -  czerwień z brązem, nieco winny kolor. 

Godess - brąz. Pierwszym skojarzeniem była nutella, chociaż ten kolor jest nieco chłodniejszy. To druga sztuka, która ma nieco gorszą pigmentację i na ustach potrafi rozłożyć się nierównomiernie (miejscami jest ciemniejsza).  

Femme Fatale - określam go jako ciemną malinę. Taka nieco subtelniejsza czerwień wymieszana z różem. Uwielbiam! Nie sądziłam, że tak mi się spodoba. Myślałam, że takie kolory nie są dla mnie, a teraz uważam, że naprawdę do mnie pasuje.  


Show off – intensywny, wyrazisty kolor. Fuksja.

Fashionista – ciemny fiolet.  

Diva - piękna czerwień. Uwielbiam wszystkie odcienie czerwieni, więc na ten też nie mogę narzekać.  


Ideały pomadek to nie są, ale każdy fan matu znajdzie tu coś dla siebie. Jeżeli nie masz zbyt problematycznych ust, będzie to pewnie dobry produkt dla Ciebie. Godne uwagi produkty, chociaż ostatnio moje serce skradła płynna pomadka z Sephory.  

Jestem ciekawa, czy znasz te pomadki? Lubisz maty? Jeśli tak, które najbardziej polecasz?