Mus ciasteczkowy od Biolove

Po kosmetyki naturalne sięgam z wielką chęcią. Dobre składy to coś, czym warto kierować się przy doborze produktów. Ostatnio miałam okazję zrobić spore zakupy w Kontigo, do koszyka wpadły między innymi dwa musy do ciała, które od jakiegoś czas robią furorę. Nie mogłam się powstrzymać i prawie od razu otworzyłam wersję ciasteczkową. Czy było warto po nią sięgać?


Kwestie techniczne

Standardowa cena tego musu to 25 złotych (mi udało dorwać się go za 7,50) za 150 ml. Opakowanie jest naprawdę niewielkie, co niestety wpływa na wydajność produktu. Markę Biolove znajdziemy tylko w Kontigo (stacjonarnie w Warszawie i Poznaniu), jednak podobne musy ma Nacomi (siostrzana marka Biolove).
Skład produktu jest naturalny, na pierwszym miejscu mamy masło shea, później olejek z pestek winogron. Całość wygląda naprawdę dobrze. 

Opakowanie i zapach

Obok opakowania nie mogę przejść obojętnie, jest po prostu prześliczne. Minimalistyczna szata graficzna, ładne kolory, a do tego zabawny "skład procentowy" w postaci Pleasure - 57%. Opakowanie jest bardzo solidne, łatwe w użytkowaniu, posiada również dodatkowe zabezpieczenie w postaci plastikowej nakładki. Jak dla mnie idealne!
O zapachu mogę powiedzieć jedno, oczarował mnie od samego początku. Wyobraź sobie mocno czekoladowe ciasto, które zawiera w sobie jeszcze dodatkowe kawałki czekolady... Mus pachnie przepysznie i aż ma się ochotę go zjeść. Nie jest to jednak zapach na tyle ciężki i intensywny, aby mógł drażnić. Jest zdecydowanie subtelniejszy od zapachu brownie z pomarańczą, przypadnie do gustu większej grupie osób.
Z początku przeważała w nim czekolada, ale nieco później wybiły się również ciasteczkowe nuty. Zapach utrzymuje się na skórze jeszcze przez jakiś czas, ale traci na intensywności, więc nie powinien nikogo przyprawić o ból głowy.


Konsystencja i działanie

Nie wiem, czy to kwestia moich wygórowanych oczekiwań, czy fakt, że mus kojarzył mi się z czymś lekkim, ale niestety zachwytów po pierwszym użyciu nie było. Spotkało mnie raczej rozczarowanie, chociaż produkt wcale zły nie jest.
Zacznę jednak od początku. W opakowaniu mus jest delikatny, ma nieco piankową konsystencję. Pod wpływem ciepła zmienia się w olejek. Mogłoby wydawać się, że dzięki temu praca z nim będzie prosta. Niestety rozsmarowanie idzie dość ciężko i na pokrycie całego ciała trzeba użyć sporo produktu. Mus nie wchłania się zbyt dobrze i pozostawia po sobie tłusty film. Ubranie nieco się do niego lepi, dlatego polecam stosować mus tylko wieczorem i ubrać luźną piżamkę (albo nie ubierać jej wcale).
Wszystkie trudy, które trzeba przejść, w pewnym stopniu rekompensuje nam działanie produktu. Skóra jest dobrze nawilżona, odżywiona i zdecydowanie gładsza. Musu spokojnie można używać, co drugi dzień. Pod względem efektów jestem naprawdę zadowolona.

Jaki werdykt?

Mus nie jest wart swojej ceny, bardzo się cieszę, że zapłaciłam za niego mniej. W innym przypadku pewnie plułabym sobie w brodę, bo za tę cenę mogłam dostać coś lepszego.
Wyśmienity skład, oszałamiający zapach, ładne opakowanie i dobry poziom nawilżenia to dla mnie i tak za mało. Za mało, bo produkt ma zbyt wiele wad. Ciężka aplikacja, marna wydajność i tłusty film zbyt przeszkadzają mi, bym mogła z czystym sumieniem polecić wszystkim ten produkt. Naprawdę chciałabym to zrobić, ale nie mogę.
Na pewno spodoba się osobom, którym tłusta warstwa nie przeszkadza i takim, które po prostu lubią różne smarowidła do ciała. Dla takich jak ja, czyli nielubujących się w produktach z tej kategorii, może to być ciekawe urozmaicenie na zimowe wieczory. Choć oczywiście nie do codziennego stosowania.

W moich zapasach znajduje się jeszcze mus borówkowy. Wykorzystam go i sprawdzę, czy czymś się różni. Liczę, że okaże się nieco lżejszy. Jeśli tak będzie, na pewno Ci o tym opowiem.

A teraz pytanie do Ciebie, znasz ten mus? Mamy podobne odczucia?