Lunatycy — recenzja książki

Lunatycy —  tytuł mylący, bo książka nie opowiada o zaburzeniach snu... mówi raczej o zaburzonych marzeniach i zaburzonym życiu.

Na tę książkę czekałam, odkąd dowiedziałam się, że ma powstać. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: Lubię styl pisania Janka (stayfly.pl) i byłam ciekawa, jak sprawdzi się w formie dłuższej niż blogowe wpisy.

Korzystając z okazji, opowiem Ci krótką historię. Blog Janka czytam od kilku lat. Trzech lub czterech, sama już nie pamiętam. Wiem jednak, że to właśnie dzięki niemu zaczęłam interesować się blogosferą i stwierdziłam, że sama też kiedyś spróbuję. I oto jestem! W jakimś stopniu jest to ważny dla mnie blog, bo zmotywował mnie do działania, ale wiąże się z tym jeszcze jedna kwestia...

Maj 2016. Dzień ustnej matury z polskiego. W myślach w kółko powtarzałam: „Tylko niech nie będzie tematu językowego! Każdy, ale nie językowy”. Kto zgadnie, jaki temat mi się wylosował? Gdy przeczytałam pytanie po raz pierwszy, nie wiedziałam, o co w nim chodzi. Poczułam, że robi mi się gorąco. Na szczęście po zapoznaniu się z dołączonym tekstem, zostałam naprowadzona na dobrą drogę i już wiedziałam, czego ode mnie wymagają. Pozostała jednak kwestia tekstu kultury, do którego mogłabym się odnieść. Do głowy wpadły mi dwie rzeczy: „Ferdydurke”, której nie znoszę oraz ten tekst o zapożyczeniach. Postanowiłam zaryzykować i odniosłam się do blogowego wpisu. Gdy zaczęłam mówić, na twarzy odpytującej pojawiło się zaskoczenie, ale również uśmiech (warto dodać, że była to największa „żyleta” w moim liceum). Wtedy wiedziałam, że będzie dobrze. I było, zdałam na sto procent. Teraz śmieję się, że przecierałam szlaki kolejnym rocznikom, dla których odnoszenie się do takich rzeczy będzie już pewnie normą. Wspomnę jeszcze, że na rozszerzonym polskim pisałam o fanfiction, ale to już zupełnie inna historia. 

Obiecuję, że teraz przechodzę do tematu i nie będę robić już żadnych dygresji. To taki żart, oczywiście, że będą dygresje.

W przedsprzedaży można było zdobyć taki o to hieroglif.

O czym tak właściwie są „Lunatycy”?

Młody chłopak, Michał Sernicki, uczęszcza do klasy maturalnej w swoim mieście. Jego największą pasją jest muzyka, a marzeniem wyrwanie się z szarej rzeczywistości i zostanie kimś więcej niż przeciętnym zjadaczem chleba. Książka opowiada o porażkach i sukcesach, o tym, że nie wszystko jest czarne lub białe, a my powinniśmy poważnie zastanowić się nad tym, czego sobie życzymy.

Dla kogo ta książka?

Nikt nie lubi szufladkowania, jednak umieszczenie powieści w jakimś konkretnym gatunku ułatwi Ci podjęcie decyzji, czy pozycja jest odpowiednia dla Ciebie. „Lunatyków” zaklasyfikowałabym do kategorii Young Adult (chociaż w sumie lepiej pasuje do New Adult). Tego typu książki kojarzą się przeważnie z mdłymi romansidłami lub wampirami, ale mi chodzi o coś pokroju dzieł Matthew Quicka. Ta powieść jest połączeniem „Wybacz mi, Leonardzie” (notabene moja ulubiona młodzieżówka) z „Niezbędnikiem obserwatorów gwiazd” (tylko motywem przewodnim jest muzyka, nie koszykówka). Jeśli znasz te dwie wymienione wcześniej pozycje, to ta również Ci się spodoba (również, bo książki Quicka nie mogą się nie podobać). A jeśli nie znasz, to zawsze możesz zaryzykować.


Styl, narracja, dialogi

Styl jest zdecydowanie największym plusem powieści. Liczne, trafne i ciekawe porównania, które można uznać za znak rozpoznawczy Janka, świetny język, a przy tym bardzo naturalny i pasujący do młodego bohatera.

Nie lubię w powieściach narracji pierwszoosobowej, ale tutaj została ona poprowadzona perfekcyjnie. Nie było w niej nic wymuszonego. Czytanie szło naprawdę gładko i gdyby nie zdrowy rozsądek, pewnie przeczytałabym książkę jednym ciągiem.

Jeżeli chodzi o ogólną narrację i dialogi, są one stylizowane na język młodzieżowy. W powieści znajdziemy dużo przekleństw (osoby przewrażliwione na tym punkcie nie będą zachwycone) oraz zwroty używane w slangu. Część z nich wydawała mi się dziwna, nie słyszałam, aby ktoś mówił np. lipson. Nie wiem, czy to kwestia tego, że jestem już za stara i nie nadążam za trendami, czy po prostu w moim rejonie tak się nie mówi. Mimo tych paru sformułowań, które nie do końca mi odpowiadały, całość została naprawdę porządnie napisana.

Bohaterzy i motyw przewodni

Bohaterów mamy przeróżnych. Każdy ma coś charakterystycznego, by został zapamiętany. Najbardziej rozbudowany jest jednak główny bohater, bo wszystko poznajemy właśnie z jego perspektywy. Nie ma tu postaci idealnych, wszyscy posiadają jakieś wady i tym samym stają się bardziej ludzcy, bliżsi czytelnikowi. Nie wszystkich polubiłam, ale na szczęście nikt jakoś mocno mnie nie zirytował.

Za motyw przewodni można uznać muzykę. Od zawsze byłam taką osobą, która na pytanie „Jakiej muzyki słuchasz?”, odpowiadała „Różnej”. Nigdy nie przywiązywałam uwagi do gatunku lub wokalisty/zespołu. Słucham po prostu tego, co akurat wpadnie mi w ucho. Czasem jest to rock, czasem metal, często pop, a zdarza się nawet, że włączę sobie coś z muzyki klasycznej. Czarną magią jest jednak dla mnie Hip-Hop, a to właśnie on odgrywa w książce kluczową rolę. Wiem, że przez to dużo straciłam i nie udało mi się odkryć wielu smaczków (jak poukrywane postacie rzeczywiste pod pseudonimami). Z tego powodu nie potrafiłam również całkowicie wczuć się w klimat książki i uważam, że jest to jej największy minus. Żałuję, że tematyka nie była bardziej przyziemna. Nie znaczy to jednak, że w czasie czytania pojawiały się jakieś problemy ze zrozumieniem historii. Wszystko było jasne, ale po prostu nie udało mi się wyciągnąć stu procent z powieści, a bardzo bym chciała móc to zrobić.

Czy „Lunatycy” są książką idealną? Nie, a to dlatego, że idealna książka nie istnieje. Zawsze znajdzie się ktoś (a raczej dużo ktosiów), komu nie przypadnie do gustu temat, styl autora czy bohaterzy.
Nie powiem, że w „Lunatykach” podobała mi się każda strona i każde zdanie. Były momenty lepsze i gorsze. Czasem czułam niedosyt, brakowało mi dłuższego opisu sytuacji, odnosiłam wrażenie, że wątek zbyt szybko się skończył. Innym razem coś mogło się nieco dłużyć (np. opisy snów bohatera). Nie znaczy to jednak, że książka mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie, spędziłam z nią miło kilka godzin i na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę. Były momenty, które mnie rozbawiły i takie, na których poleciała łezka (a nawet dużo łezek). Lunatycy to naprawdę solidna książka i z pewnością nie żałuję, że ją poznałam.

Na koniec zostawiam Ci jeden z moich ulubionych fragmentów. Może to on przekona Cię, czy warto sięgnąć po tę pozycję: